Blog Image

29 września 2018

BYĆ ALBO NIE BYĆ – O LOSIE NAUCZYCIELI

Po zmianie systemu edukacji, co jakiś czas w mediach słyszymy wypowiedzi o szkolnictwie i nauczycielach. W tym miesiącu, wraz z rozpoczęciem nowego roku szkolnego – temat powrócił. W minionym tygodniu natknęłam się na artykuł traktujący o szacunku do nauczycieli, napisany jako apel do rodziców uczniów<sup>1</sup>. Smutny, ale z punktu widzenia praktyka, w dużej mierze niestety prawdziwy. W ostatnich dniach dużo mówi się także o zarobkach tej grupy zawodowej. Uwielbiam uczyć i chyba nic na to nie poradzę ;) Widok postępów czynionych przez moich uczniów sprawia mi niekrytą radość i ogromną satysfakcję. Dzisiaj jednak uczyć nie tak łatwo, jak niektórym może się wydawać. Ujawnię trochę ciemnej strony nauczycielskiej pracy, posługując się prawdziwymi przykładami. Przykłady pochodzą zarówno ze szkół państwowych jak i prywatnych. Przytoczę je nie po to, żeby narzekać, ale, by spróbować namówić Was do umilania sobie życia i szacunku do siebie nawzajem. Was Uczniowie, Rodzice, Nauczyciele, Dyrektorzy, Władze. Sprawne funkcjonowanie szkoły nie zależy tylko od nauczycieli. Zależy od ich współpracy z uczniami, rodzicami i dyrekcją oraz od budżetu. <br> Jeśli to czytasz: - Rodzicu – popatrz na nauczyciela jak na człowieka, z pewnością szybko odwdzięczy Ci się tym samym i bądź pewien, że (poza nielicznymi wyjątkami, które zdarzają się w każdym zawodzie i tylko potwierdzają regułę) poświęca Twoim dzieciom przynajmniej tyle samo uwagi, co swoim własnym. - Uczniu – doceń to, że masz dostęp do bezpłatnej edukacji, a wokół siebie ludzi, którzy myślą o Tobie nawet w swoim prywatnym czasie. Przejmują się Twoimi problemami, wciąż chcą Cię zaskakiwać i zachwycać światem, mimo że nie są Twoimi rodzicami. - Dyrektorze – uśmiechnij się do swojego pracownika, mówiąc „dzień dobry”. Jeśli nie masz funduszy na podwyżkę czy nagrodę, po prostu podziękuj lub pochwal lekcję czy inicjatywę, która Ci się podobała. Nie zachowuj tego tylko dla siebie. To naprawdę uskrzydla i daje motywację do pracy. - Nauczycielu – wszystko w Twoich rękach. Od kilku lat to już miejsc pracy w naszym zawodzie jest więcej niż chętnych na nie (choć dotyczy to tylko niektórych przedmiotów). Czasami nie trzeba rezygnować z zawodu, wystarczy zmienić miejsce pracy, by odnaleźć na nowo swoje powołanie. Wspierajmy się też i szanujmy wzajemnie jako nauczyciele. Kto nas doceni, jeśli nie my sami? :) <br> ##### Zacznijmy od budżetu. Nauczyciel dyplomowany z 40 letnim stażem pracy - 2800 zł na rękę. Niezła perspektywa, że przez całą swoją życiową karierę dostaniesz kilkaset złotych podwyżki :( Mimo to Pani, którą mam na myśli - pasjonatka nauczania aż do emerytury i choć wkurzona na cały ten system, do końca sumiennie przygotowywała się do pracy, poświęcając wiele dodatkowych godzin w domu. Niestety znam też takich, którzy twierdzą, że za taką stawkę, to im się nie opłaca pracować. Więc OK, przypilnują bezpieczeństwa na lekcji i to w zasadzie tyle, bo za wiele nie uczą. Obawiam się, że jeśli płace się nie zmienią, to coraz więcej będzie nauczycieli, którzy nie uczą, a tylko są w szkole. Wystarczy spojrzeć na lekarzy, którzy jeśli chcą zarabiać dużo, też muszą bardzo dużo pracować (nie jest tak, że ich podstawowa państwowa pensja jest super). I choć znam lekarzy pracujących rzetelnie w państwówkach, to niestety miałam też kontakt z takimi, którzy w przychodni to co najwyżej mogą wystawić ci zwolnienie, ale jak przyjedziesz do nich prywatnie...oooo, to od razu inna gadka i przyjęcie. I tak sobie wtedy myślę, kurczę, a może ja uczę Twoje dziecko w mojej szkole państwowej? I czy nie powinniśmy się wspierać jako pracownicy państwówek? Czy powinnam temu dziecku powiedzieć: „Tutaj w szkole, to ja Cię mogę co najwyżej popilnować, a jak chcesz się czegoś nauczyć, to przyjdź do mnie na korki.”? <br> Moi znajomi nauczyciele opowiadali mi, że kupują przybory do prowadzenia lekcji z własnej kasy. Sama tak robiłam. Uwielbiam mój zawód, ale dopóki nie miałam swojego dziecka, to jeszcze w porządku było poświęcanie się tylko dla cudzych ;) Teraz myślę sobie, że powołanie powołaniem, ale co, jeśli oprócz niego nauczyciel ma także rodzinę? Wtedy dobrze byłoby móc zarabiać na swojej uczciwej pracy tyle, żeby jego rodzina nie "cierpiała" z powodu tego powołania. Dlatego teraz wolę coś kupić swojemu dziecku. <br> Podsumowując wywody budżetowe, myślę, że nieważne jak będą zmieniać się ustawy dotyczące edukacji, bo i tak realizują je nauczyciele. I warto zainwestować w to, żeby im się chciało. Bo jak nauczyciel jest zadowolony ze swojej pracy, to staje na głowie i robi cuda. Ale jak tymi cudami nie nakarmi swojej rodziny, to zmieni zawód. Idealnie byłoby, gdyby edukacja mogła przyciągać tych mega zdolnych ludzi. A jak obserwuję środowisko nauczycielskie już od kilku lat, to Ci najzdolniejsi i najbardziej lubiani przez dzieci szybko odchodzą, bo zauważają, że w innych zawodach mogą zarobić sporo więcej. No i zostają "pilnowacze". Oczywiście bardzo uogólniam w tym ostatnim zdaniu i przepraszam za to wszystkich zaangażowanych w swoją pracę nauczycieli. Po prostu zauważam taką tendencję, więc bardzo możliwe, że i Wy pasjonaci wkrótce zmienicie zawód :) <br> ##### Jeszcze o szacunku słów kilka. Jak już wspominałam, uwielbiam uczyć. I mega lubię dzieciaki. Wydaje mi się, że się dogadujemy i szybko łapiemy wspólny kontakt. Ludzie mówią, że teraz to młodzież rozwydrzona, wulgarna itp. itd. Z mojego doświadczenia wynika, że nauczyciel z młodzieżą ma najmniej problemów. Niejeden pedagog potwierdzi, że w jego pracy, to właśnie kontakt z dziećmi/młodzieżą jest najprzyjemniejszy :) Odmładza ;) Problemem bywa kontakt z rodzicami lub władzami szkoły. Dzieje się tak wtedy, kiedy nie ma w tym kontakcie szacunku. Miałam szczęście poznać wielu wspaniałych rodziców oraz cudownych dyrektorów placówek. Niestety, jak wszędzie – były też wyjątki, które skutecznie potrafiły zniechęcić mnie do pracy. Niech przykłady mówią same za siebie. <br> Relacja przełożony – nauczyciel Prowadzę sportowe zajęcia dodatkowe w szkole. Wchodzi pani dyrektor razem z asystentką. „Małgośka, chodź tu” – głową wskazuje na korytarz. W pierwszej chwili myślę: a gdzie „dzień dobry”? Do mnie, do dzieci. Jak one mają mnie szanować, jeśli dostają taki przykład z góry? Zastanawiam się też czy wypada mi jej powiedzieć, że na tego typu zajęciach nie mogę zostawić dzieci samych i wyjść z sali, a potem – od kiedy właściwie jesteśmy „na ty”, bo nie przypominam sobie takiego momentu. Ostatecznie proszę najzdolniejszą dziewczynkę o pokierowanie zabawą, tłumacząc jej w pośpiechu, co robić i staję w progu sali, zerkając to na dzieci, to na przełożoną. Ale ona akurat w korytarzu dostrzega inną osobę i ucina sobie z nią kilkuminutową pogawędkę, zupełnie nie zwracając uwagi na mnie i moje zajęcia. W końcu okazuje się, że mam zmienić sportową gazetkę ścienną na korytarzu. Na jutro. Dochodzi godzina 18, kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia. Nazajutrz większość moich koleżanek zmienia gazetki. Chwalę je za piękne wykonanie. „Daj spokój” – słyszę. One podobnie jak ja, zamiast rodzinnych przygotowań do świąt, rysowały i wycinały gazetki zlecone im do zrobienia z dnia na dzień. Gazetki, które będą wisieć 3 dni, bo potem szkoła opustoszeje na przerwę świąteczną, a po niej będą już nieaktualne. Zawsze myślałam, że te robione przez dzieci są najcenniejsze. Okazuje się, że nie wtedy, gdy pani prezes wpada do szkoły. <br> Dyrektorka namawia mnie i mojego kolegę, żebyśmy zachęcili młodzież do wyjazdowego konkursu sportowego. Zmagania na nartach, łyżwach i snowboardzie. Nie jesteśmy pewni czy w tych dyscyplinach mamy szansę i czy możemy pozwolić sobie na tygodniowy wyjazd z Warszawy. Analizujemy regulamin, pytamy uczniów o zainteresowanie. Ostatecznie stwierdzamy, że nawet przy braku sukcesu warto spróbować (to konkurs raczej dla licznych szkół, bo punktacja zawodników się sumuje), a może w kolejnych latach więcej osób zechce wziąć udział. Idziemy powiedzieć dyrekcji, że jesteśmy gotowi zorganizować wyjazd. W odpowiedzi przełożona z triumfalną miną obraca się na krześle obrotowym, zarzucając nogę na nogę i mówi do asystentki: „Patrz, jak ich sobie wychowałam!” ????????????????????????????? Żeby nie było, że za mało nas poniżyła, gdy kolega przekłada wszystkie swoje sprawy zawodowe i osobiste, dyrekcja stwierdza, że dwa pokoje 1 osobowe będą droższe niż 1 dwuosobowy (to nic, że za wyjazd płacą rodzice), więc rezygnuje z kolegi, a ja dostaję do pomocy polonistkę niejeżdżącą na nartach. Cudowną i pomocną osobę, ale na stoku zostaję z dziećmi sama, a ona biedna marznie na dole po kilka godzin dziennie. <br> Szkoła przekształca się w dwujęzyczną i m.in. mój przedmiot będzie nauczany w takim systemie. Zdaję egzamin językowy. Potrzeba jeszcze 5 nauczycieli, którzy będą tak uczyli. Przychodzą nowi, poprzednich się zwalnia. Podołałam jako jedyna z poprzedniego grona (6 nauczycieli, których przedmiot miał być nauczany w ten sposób). Pierwszy rok pracy – uczę jedną klasę dwujęzyczną. Każde dziecko płaci o 200 zł miesięcznie więcej do czesnego. Pytam o moją pensję – bez zmian, bo ten rok to próba. Drugi rok pracy – mam już dwie klasy. Pytam o pensję – musisz się wykazać. Właściwie zaczyna mi się już nie chcieć wykazywać za darmo. Przygotowuję jeszcze dodatkowe materiały dla uczniów w języku ang., a także wraz z innymi nauczycielami – dwujęzyczne zawody sportowe. Trzeci rok pracy – cztery klasy. Wydawałoby się, że skoro mi ich przybywa, to chyba się sprawdzam. Pytam o pensję – jeszcze nie ma budżetu na ten rok, ale już się przypomniałam. Już wiem także, że odchodzę. Nie będę dłużej nic udowadniać. Czuję, że szkoła prywatna, to nie miejsce na działalność charytatywną. <br> Relacja rodzice - nauczyciel W równoległej szkole uczę bardzo małe dzieci. Klasy 1 - 3. Już trzeci rodzic prosi mnie o spotkanie po zobaczeniu w dzienniku elektronicznym, że wpisałam minus za postawę na lekcji. Każde spotkanie to przyjazd do pracy przynajmniej o godzinę wcześniej. Zastanawiam się, po co nam dziennik elektroniczny, skoro o jednym minusie trzeba rozmawiać osobiście i to tyle czasu. Chyba nie byłam przyzwyczajona do takiej troski o dziecko. Rodzice klas starszych nie mieli takich potrzeb. Przez głowę przechodzi mi nawet myśl, żeby może nie wstawiać tych minusów i mieć więcej prywatnego czasu, bo przy pierwszych spotkaniach rodzice proszą o ponowne za jakiś czas, by dowiedzieć się o poprawie lub pogorszeniu sytuacji. Niektórzy proszą, żebym po każdej lekcji wysyłała im wiadomość odnośnie zachowania uczniów. Nie muszę wspominać, że na moim przedmiocie nie mam komputera. A nawet gdybym miała, to i tak nie ma kiedy z niego skorzystać. Nie ma bezpiecznego czasu pracy z książką, w którym nauczyciel mógłby choćby wpisać oceny do dziennika. To chyba w ramach sprawiedliwości – ponieważ my nie sprawdzamy kartkówek, więc żebyśmy też mieli co robić w domu :) Wracam do domu późno. Pracowałam w dwóch szkołach, a potem byłam na treningu. Przed północą siadam w końcu do komputera, żeby wysłać rodzicom „sprawozdanie” z lekcji. Czekają już na mnie wiadomości od nich, dlaczego tego nie zrobiłam… :( <br> Przy okazji rozmów z rodzicami dzieci, dowiaduję się, że 4 osoby w 11 osobowej klasie mają różne stwierdzone zaburzenia. Dlaczego nikt nie powiedział mi o tym na początku roku? Myślałam też, że uczę w zwyczajnej szkole, nie integracyjnej. Na studiach nikt mnie nie uczył, jak pracować z dziećmi z takimi problemami :( Niektórym nie potrafię pomóc, a nie mam teraz czasu na studia podyplomowe z pedagogiki specjalnej czy podobne kursy. Poddaję się i odchodzę. Wolę pracować tam, gdzie wiem, że będę specjalistą w swoim fachu. <br> Wyjeżdżamy na wycieczkę. Jedna rodzina nie podpisała zgody. Dzwonimy do nich. Niedługo po tym na parking przed szkołą przybiega tata gimnazjalistki i mówi do mnie podpisując zgodę w pośpiechu: „Córka nie przekazała mi zgody do podpisu. Ku***, te dzieci teraz takie roztrzepane”. Kilka razy zwracałam uwagę jego córce, słysząc wypowiadane przez nią wulgaryzmy. Mówiłam, że nie rozumiem, jak takie słowa mogą wydobywać się z ust tak młodej dziewczyny… Jeszcze długo żałuję, że nie powiedziałam temu ojcu, że nie życzę sobie, by używał takich słów w rozmowie ze mną. Chyba za bardzo mnie zamurowało, bo po raz pierwszy się z tym spotkałam. <br> Gdy już w sercu postanowiłam odejść z mojej pierwszej szkoły, żal mi było tylko dzieci. I grona nauczycielskiego – bo było fantastyczne. Myślałam, że po 5 latach pracy nie wrócę już do szkoły. Bo kto chciałby uczyć w miejscu, gdzie nie czuje się szanowany. Wydawało mi się też, że 5 lat to zdecydowanie za wcześnie na wypalenie. Jednak ten brak szacunku mnie wypalał i musiałam coś zmienić. Znajomi twierdzili, że to byłaby wielka szkoda, gdybym nie chciała już więcej uczyć. Wujek powiedział, że w każdej szkole dzieci są fajne i nie mogę tylko dla nich znosić wszystkich nieprzyjemności. One po kilku latach odejdą, a ja zostanę, z jeszcze bardziej chorym wnętrzem. Po rzuceniu szkoły okazało się, że ona jednak mnie odnalazła. Postanowiłam „dać szansę” placówce państwowej, przekonać się, jak to jest tam uczyć, gdyż wcześniej pracowałam wyłącznie w szkołach prywatnych. Psychicznie w końcu odpoczęłam. Uczę w szkole muzycznej. Uwielbiam to, że gdy przechodzę korytarzem w trakcie okienka, zawsze znajdzie się sala, z której dobiega dźwięk instrumentu. Balsam dla duszy. Wujek miał rację. Dzieciaki w większości super i dzięki nim znowu kocham swoją pracę ;) Nauczycieli tak wielu, że nie sposób poznać wszystkich. Klimat jest więc inny niż w małej szkole, gdzie masz szansę porozmawiać z każdym. Z pensją szału nie ma, ale jest lepiej niż w szkołach prywatnych (jeśli rodzice uczniów z takich placówek myślą, że ich czesne pokrywa w większości nauczycielskie pensje… zdziwiliby się, jak mały jest to procent i ile wymaga się od nas „za darmo”). Kontakt z dyrekcją bardzo życzliwy. Jak w większości polskich szkół, brakuje pieniędzy na wyposażenie, ale mimo to chce się tu uczyć. Chyba wraz z innymi „przedmiotowcami” pogodziliśmy się już, że sprzęt ma być zapewniony przede wszystkim w formie instrumentów, które są przecież bardzo drogie, a tutaj najważniejsze. Niezależnie od systemów, władz i płac, szkoły tworzą ludzie. Na razie od wieków nic się w tej kwestii nie zmienia. Są miejsca, do których chce się przychodzić i w których praca, to przyjemność. Są inne – w których wypalenie może nastąpić zbyt wcześnie. Osobiście znam wspaniałych nauczycieli, uwielbianych przez młodzież, którzy odeszli z zawodu ze względu na niskie płace i brak szacunku. I już nigdy nie wrócą, bo w innych biznesach radzą sobie świetnie. Im szkoły już nie będzie brakować. Szkole ich – jeszcze długo, bo wciąż są z utęsknieniem wspominani przez wychowanków. Prowadziłam kiedyś zajęcia na uczelni ze studentami z wymiany Erasmus z Francji. Opowiadali, że w ich kraju nauczyciel, to zawód szanowany i pewny. Trzeba uczyć się kilka lat, więc nie każdemu się chce. Za to Ci, którzy wytrwają i zostają nauczycielami, cieszą się z pracy w prestiżowym zawodzie. Jeśli tak nie stanie się też u nas, przewiduję, że wrócimy do nauczania indywidualnego – bo nikt już nie będzie chciał pracować w szkole. Ale wtedy będziemy musieli sporo za nie zapłacić. Korzystajmy więc póki możemy z dostępu do bezpłatnej edukacji i pomocy nauczycieli – pasjonatów swojego zawodu. A tym, którzy pasjonatami nie są, starajmy się pomagać i stwarzać warunki, by mogli tę pasję odnaleźć. Bo tym zawodem naprawdę można się pasjonować :) Czego z serca wszystkim nauczycielom życzę :) <hr> <p><sup>1</sup> https://kobieta.onet.pl/jestem-nauczycielka-twojego-dziecka-wiesz-co-ci-chce-powiedziec/3tqqgqh</p>